Wezwany robi wielkie oczy, gdyż w najśmielszych marzeniach nie sądził, że od niego będzie zależał los świata. Wątpi nieco w słowa czarodzieja, ale znienacka dopadają go obowiązkowo Czarni Wysłannicy Zła i musi przed nimi umykać. Umyka do Dobrego Miejsca, tam ma chwilę spokoju i tam też dowiaduje się o Legendzie i Przeznaczeniu. Ha, trudno, nie ma wyjścia. Protagonista musi odbyć wielką Wyprawę - Quest, zgodnie z mapą, którą autor przezornie zamieścił na początku książki. Mapa posiada rozsiane bogato Góry, Puszcze, Bagna i Pustynie o Strasznych Nazwach. To nic, że Główna Kwatera Wroga, do której trzeba dotrzeć, znajduje się na północnym lub wschodnim skraju mapy. Możemy być pewni, że bohater będzie podróżował zygzakiem, bo musi odwiedzić wszystkie Straszne Miejsca. Chodzenie prostą drogą jest w fantasy zabronione. Bohater nie może podróżować sam, więc montuje mu się Drużynę - zespół malowniczych i charyzmatycznych osobników. Zaczyna się Quest, zygzakiem, rzecz jasna, a mrożące krew w żyłach przygody w Strasznych Miejscach przeplatane są sielskim odpoczynkiem w Miejscach Przyjaznych. Wreszcie dochodzi do final show-down w Siedzibie Zła. Tutaj jednego z członków Drużyny trafi szlag, ale reszta zwycięży. Zło zostanie pokonane, przynajmniej do czasu, gdy autor nie zechce pisać dalszego ciągu - bo wtedy Zło się "odrodzi" i trzeba będzie zaczynać da capo al fine. .
Czynności połączyć te dwa czynniki rzeczywistości. Widzimy tu. Norman westchnął. Harry miał rację. W tej chwili nie istniał już żaden spo-. ła się, spaliła wszystko, co miała na sobie. Potem wykąpała się i dopiero wtedy przytuliła nas do. I wspomnij Zoltana Chivaya i krasnoludzkie kuźnie.. - No, jesteście nareszcie - ucieszył się na ich widok Zoltan, wyraźnie już zmienionym głosem. - A myśmy tu, wystawcie sobie, ustalili, że Regis rusza z nami w dalszą drogę.. Tu ocknął się Zbyszko - i ocknął się nie tylko dlatego, że sobie przypomniał bór ciemny, ale i dla tej przyczyny, że z dala za nim ozwał się jakiś szelest. Wówczas ścisnął mocniej widły w garściach, nadstawił uszu i począł słuchać. Szelest zbliżał się i po niejakim czasie stał się całkiem wyraźny. Chrupały pod czyjąś ostrożną stopą suche gałązki, szurały opadłe liście i jagodziska... Coś szło.. - Demain - odpowiedział po francusku. - Jutro rano. Ponad dwieście telefonów odebrano w podziemiach ambasady tej nocy. Każdy rozmówca został potraktowany cierpliwie i grzecznie, ale tylko siedmiu skierowano dalej, do Quinna. Rozmawiał ze wszystkimi pogodnie i przyjaźnie, mówiąc do nich ,,przyjacielu" albo ,,kolego" i wyjaśniając, że jego ludzie", niestety, muszą dopełnić pewnej nudnej formalności i upewnić się, czy Simon Cormack rzeczywiście znajduje się w rękach jego rozmówcy. Następnie uprzejmie prosił ich, żeby dowiedzieli się, jaka jest odpowiedź na zadane im proste pytanie i zadzwonili ponownie. Nikt nie zadzwonił drugi raz. Między trzecią w nocy a świtem Quinn zdrzemnął się cztery godziny. W nocy Sam Somerville i Duncan McCrea dyżurowali razem z nim Sam powiedziała coś na temat jego zachowania przy telefonie. - Jeszcze się nic nie zaczęło - powiedział spokojnie. Ale napięcie dawało już o sobie znać. Dwoje młodych czuło je nader wyraźnie. Zaraz po północy, na pokładzie Jumbo jęta, który wystartował z Waszyngtonu w samo południe tamtejszego czasu, przyleciał na Heathrow Kevin Brown wraz ze swą ekipą ośmiu doborowych agentów FBI. Uprzedzony wcześniej i padający z nóg Patrick Seymour czekał na niego na lotnisku. Zapoznał starszego stopniem kolegę z aktualną sytuacją, tak jak przedstawiała się ona o jedenastej wieczorem, kiedy wyjeżdżał na lotnisko. Powiedział mu, że Quinn wzgardził kwaterą w Winfieid House i zamieszkał gdzie indziej, poinformował też, jak zorganizowano łączność i podsłuch telefoniczny. - Wiedziałem, że z niego lepszy cwaniak - mruknął Brown, dowiedziawszy się o zamieszaniu, jakie Quinn wywołał na podjeździe do Winfieid House. - Musimy siedzieć mu na tyłku albo wykręci nam jeszcze niejeden numer. Jedziemy do ambasady. Będziemy spać na łóżkach polowych w piwnicy. Jeśli ten facet pierdnie, chcę to słyszeć, głośno i wyraźnie. Seymour westchnął w głębi ducha. Słyszał coś niecoś o Kevinie Brownie i świetnie mógł się obejść bez jego wizyty. Teraz, pomyślał, wszystko potoczy się o wiele gorzej, niż się tego spodziewał. Kiedy o wpół do drugiej w nocy dojechali do ambasady, właśnie dzwonił sto szósty telefon. Inni ludzie też niewiele spali tej nocy. Byli wśród nich komandor Williams z S013 i facet o nazwisku Sidney Sykes. Spędzili długie godziny siedząc naprzeciwko siebie, w pokoju przesłuchań na komisariacie w Wandsworth na południu Londynu. W rozmowie brał udział jeszcze jeden funkcjonariusz - szef sekcji pojazdów brygady zwalczania poważnych przestępstw. Jego ludzie wytropili Sykesa. Dwóch mężczyzn siedzących po drugiej stronie stołu wywarło na małym kombinatorze, jakim był Sykes, wystarczająco mocne wrażenie i pod koniec pierwszej godziny był już porządnie wystraszony. A dalszy ciąg przesłuchania zapowiadał się jeszcze gorzej. Sekcja pojazdów, posługując się danymi dostarczonymi przez przedsiębiorcę budowlanego, odkryła warsztat, który wydobył rozbitego Forda ze śmiertelnych objęć koparki. Kiedy stwierdzono, że pojazd ma zwichrowaną ramę nadwozia i skreślono go z ewidencji, warsztat zaoferował go z powrotem właścicielowi. Ponieważ koszt przewiezienia go na platformie był większy niż jego wartość, właściciel odmówił. Warsztat sprzedał zatem furgonetkę Sykesowi, który miał w Wandsworth złomowisko. Ludzie z sekcji pojazdów przeczesywali je przez cały dzień. Odkryli beczkę do trzech czwartych swojej wysokości wypełnioną brudnym, czarnym i zużytym olejem, której mroczne głębiny kryły dwadzieścia cztery tablice rejestracyjne, tworzące dwanaście idealnie dobranych kompletów. Wszystkie sporządzono na złomowisku Sykesa i były prawdziwe jak banknot trzyfuntowy. W schowku pod posadzką odrapanego biura Sykesa odkryto bloczek zawierający trzydzieści dowodów rejestracyjnych. Wszystkie należały do samochodów i furgonetek, które istniały już tylko na papierze. Proceder uprawiany przez Sykesa polegał na tym, że gromadził on pojazdy skreślone z ewidencji przez firmę ubezpieczeniową, zapewniając ich właścicieli, że poinformuje centrum rejestracji pojazdów w Swansea o tym, że istnieją one już tylko w charakterze kupy złomu. Następnie zawiadamiał Swansea o czymś wprost przeciwnym: że, mianowicie, kupił je w pełni sprawne. Komputer w centrum zapisywał ten ..fakt" w swojej pamięci. Jeżeli samochód rzeczywiście był doszczętnie rozbity, Sykes miał w ręku jego legalne papiery, które potem pasowały do sprawnego pojazdu tej samej marki i typu. ukradzionego z parkingu przez któregoś z jego wspólników. Kradziony samochód zaopatrywano w nowe tablice zgodne z posiadanymi przez Sykesa dokumentami i sprzedawano. Przedtem jeszcze trzeba było zatrzeć oryginalne numery silnika i nadwozia, wyryć nowe i nachlapać w to miejsce dość brudnego smaru, żeby dał się nabrać normalny klient. Oczywiście, takie sposoby były zbyt prymitywne, żeby oszukać policję, ale ponieważ wszystkie transakcje były płatne gotówką, Sykes mógł potem zawsze twierdzić, że nie tylko nie sprzedawał nikomu kwestionowanego samochodu, ale widzi go pierwszy raz w życiu. Nieco inaczej wyglądała działalność Sykesa, gdy, tak jak w przypadku Forda, dostawał samochód w niezłym stanie. Nie zwracając uwagi na naruszone nadwozie, wycinał zniszczoną część, wypełniał dziurę wspornikiem i szpachlówką i wypuszczał z powrotem na drogę. Było to nielegalne i niebezpieczne, ale naprawione w ten sposób samochody miały szansę, przejechać parę tysięcy mil, zanim do reszty rozpadły się na kawałki. Kiedy pokazano Sykesowi oświadczenia przedsiębiorcy z Leicester i warsztatu, który sprzedał mu Forda Transit za 20 funtów jako złom. oraz fotografie starych oryginalnych numerów silnika i nadwozia, a na koniec poinformowano, do czego posłużyła furgonetka, zorientował się, że znalazł się naprawdę w ciężkich opałach i opowiedział wszystko jak na spowiedzi. Kiedy pogrzebał w pamięci, przypomniał sobie, że mężczyzna, który kupił Forda, włóczył się pewnego dnia, przed sześciu .tygodniami, po złomowisku. Zapytany, odpowiedział, że szuka taniej furgonetki. Przypadkiem Sykes skończył właśnie naprawiać nadwozie Forda, który przemalowany został na kolor zielony. Za godzinę furgonetki nie było na złomowisku, a on dostał do ręki 300 funtów. Pieniądze, było tego piętnaście banknotów dwudziestofuntowych, dawno się rozeszły..